Łączna liczba wyświetleń

środa, 3 lutego 2021

Aleksander Pawelec W powojennym Pruszczu. Fragmenty wspomnień.

Aleksander Pawelec W powojennym Pruszczu. Fragmenty wspomnień cz.1

( fragmenty wspomnień z lat 1934-1945)


(...) 15 kwietnia 1945 r. wyruszyłem i ja w kierunku Gdyni, pozostawiając żonę z synem Andrzejem pod opieką rodziny Sułkowskich. Nie chciałem jednak wracać sam. Udałem się więc do brata, który po ślubie mieszkał u rodziców żony nad Wartą, 20 km od Sieradza. Ponieważ brat miał takie same plany, następnego dnia wsiedliśmy do pociągu osobowego, do Bydgoszczy. Była to niesamowita jazda. Pociąg był niesamowicie przepełniony. Wdrapałem się z bratem na dach wagonu. Usadowieni na czarnej i zasmolonej ławeczce między buforami wagonów pulmanowskich jechaliśmy na północ.


Pociąg był oblepiony ze wszystkich stron ludźmi niby rojem pszczół. Na dachu wagonu musieliśmy bardzo uważać na wiadukty, które na tej linii były tak nisko, że dach przechodził pod nimi w odległości niespełna metra. Nie obeszło się bez tragedii. Koło stacji Poddębice, zostało zmiecionych dwóch nieostrożnych mężczyzn. Zginęli na miejscu. W Bydgoszczy nad ranem podstawiono skład pociągu złożony z samych węglarek. Zajęliśmy jedną z nich i ruszyliśmy do Gdyni.


Po kilku godzinach znaleźliśmy się w Tczewie. Teren Żuław był jeszcze zajęty przez Niemców i w tym rejonie trwały jeszcze walki. Zatrzymaliśmy się w Pszczółkach (za czasów gdańskich — Hohenstein) i znaleźliśmy się w ogniu artylerii niemieckiej z Żuław.




Na samej stacji i stacyjnych torach eksplodowało kilkanaście pocisków. Kryliśmy się między wagonami. Na szczęście oprócz drobnych szkód materialnych nie było żadnych ofiar w ludziach. Był to jeden z ostatnich ataków rozpaczy dogorywających oddziałów niemieckich broniących się resztkami sił na zalanych Żuławach.




Pociąg ruszył dalej. Stanął dopiero na stacji w Pruszczu (Praust).




Pierwszy pociąg do Gdańska odprawiał stąd mój dobry znajomy z Wiemszowa niejaki Grela. Zauważył mnie i zdążył jeszcze krzyknąć, abym go odwiedził. (...) Ze stacji Gdynia Orłowo ruszyliśmy z bratem pieszo do Małego Kacka gdzie mieszkaliśmy przed wojną. Niestety naszego domu nie zastaliśmy. Rano 18 kwietnia ruszyłem z bratem w kierunku miasta. Szczególny był widok całej Płyty Orłowskiej (przed wojną — „Wzgórze Focha").



Odrażający widok. Setki zabitych koni. Wycofujący się Niemcy nie mogąc zabrać na statki ewakuacyjne koni, wszystkie je wystrzelali. Dowiedzieliśmy się, że dowództwo oddziałów radzieckich przymusowo zaciąga wszystkich cywilów do uprzątnięcia rozkładających się trupów końskich. Po chwili namysłu doszliśmy do wniosku, że nic tu po nas. Korzystając z przelotnego zaproszenia zawiadowcy stacji Pruszcz, udaliśmy się tam niezwłocznie. W ten oto sposób znaleźliśmy się z Mateuszem w Pruszczu — małym miasteczku odległym o 10 km od Gdańska.


Okazało się, że było tu zaledwie kilku Polaków, a ze mną i bratem stanowiliśmy 19 kwietnia 1945 r. polską grupę liczącą nie więcej jak 10 osób. Decyzja opuszczenia Gdyni i wycofania się do Pruszcza miała decydujący wpływ na dalsze losy naszych rodzin w latach powojennych związanych z tym miastem i Wybrzeżem Gdańskim. (...)


Każdy następny dzień zwiększał liczbę Polaków. Była to mieszanina dosłownie ze wszystkich stron Polski. W ostatnich dniach kwietnia przyjechała z Lututowa, w ślad za nami, moja mama z siostrami Olą i Zuzią. Zamieszkaliśmy w opuszczonym przez Niemców domu przy ul. Żeromskiego (obecnie ulica Grunwaldzka). Mieszkanie zastaliśmy umeblowane, a co brakowało, to ściągnęliśmy z innych opuszczonych domów. Niestety nie cieszyliśmy się długo tym mieszkaniem. Na przełomie kwietnia i maja do Pruszcza ściągnęły jednostki radzieckie – zmotoryzowana i kawalerii. Zajęły one całą ul. Żeromskiego i kilka przyległych. Musieliśmy opuścić wszystkie pomieszczenia i czasowo ulokować się w innym rejonie Pruszcza. Nie wolno było zabrać mebli lecz tylko rzeczy osobiste. Wytłumaczono nam, że wojsko zostało specjalnie skierowane do Pruszcza celem ostatecznego rozprawienia się z Niemcami zajmującymi jeszcze cały teren Żuław.



Walka z oddziałami hitlerowskimi była niezwykle ciężka, gdyż dostęp do nich chroniły olbrzymie rozlewiska, jakie zostały wytworzone po przerwaniu wałów na Wiśle i Motławie. Byliśmy świadkami ostatnich akordów wojennych na tym terenie. W tym czasie trwałem w bezczynności, bo duża ilość wojska i dochodzące od strony Żuław odgłosy kanonady artyleryjskiej nie pozwalały na włączenie się do jakiejkolwiek działalności.


Komendant wojenny mianował Burmistrza Pruszcza. Został nim Bezuszko. Razem z moim bratem Mateuszem tworzyli oni zręby administracji tego miasta. Mateusz Pawelec został szybko mianowany sekretarzem Urzędu Miejskiego i dość energicznie wziął się do tej pracy. Mnie taka działalność nie odpowiadała, więc wolałem czekać na koniec wojny.



W swojej wędrówce po Pruszczu i okolicach (tam gdzie było wolno i bezpiecznie) przeszły mi pierwsze dni maja 1945 r. Upatrzyłem sobie nawet dom, który pragnąłem zająć po opuszczeniu Pruszcza przez Armię Radziecką. Był to piętrowy dom przy ul. Chopina, która w owym czasie nosiła nazwę ul. Stalina. Niestety dom ten i kilka sąsiednich jako najbardziej okazałe zajmowało NKWD. (odpowiednik niemieckiej Abwehry). Domy te otoczono drutem kolczastym tworząc jeden kompleks, który wyglądał dość groźnie i tajemniczo. Niewielu było widać funkcjonariuszy NKWD a ogrodzenie z drutu kolczastego wychodziło nawet na chodnik Nadszedł wreszcie 9 maja 1945 r. O kapitulacji Armii Niemieckiej dowiedziało się najpierw dowództwo oddziałów radzieckich w Pruszczu. Był to dla wszystkich szał radości. Salwy z przeróżnego rodzaju broni automatycznej, karabinów i pistoletów oznajmiły nam wszystkim, że koniec wojny nareszcie nastąpił. Radości nie było końca


Żołnierze radzieccy całowali się z nami i cieszyli jak dzieci. Mieli się z czego cieszyć.


Przypadło im w udziale przeżycie tej przeklętej wojny. My Polacy też mięliśmy się z czego cieszyć. Po pierwsze przeżyliśmy ten cały koszmar wojenny, a po drugie ziściły się wreszcie marzenia dotrwania do momentu, kiedy znienawidzony wróg padnie na kolana.




Szczególnie ja, mój brat i cała rodzina Pawelców miała się z czego cieszyć. Wszyscy przeżyliśmy czas okupacji. Nikt nie zginął ani też nie doznał uszczerbku na zdrowiu i majątku, bo tak naprawdę w chwili wybuchu wojny nasza rodzina należała do najliczniejszej rzeszy ludzi najgorzej sytuowanych w Polsce. Radości nie było końca. Dopiero noc uciszyła umysły i wyciszyła wiwaty na cześć pomyślnego zakończenia wojny i nastania pokoju. Rankiem 10 maja obudziliśmy się w poczuciu końca wojny i mimo wszystko dalszej niepewności jutra, ponieważ całe życie w Pruszczu i okolicy było zdominowane przez wojska radzieckie. Dla nich byliśmy w dalszym ciągu jakby cieniem, gdyż powszechnie uważali, że zwycięzcami są tylko oni i tylko oni przynieśli nam wolność, z której my Polacy winniśmy być zadowoleni i za to im wdzięczni. Przechodziliśmy jednak nad tym do porządku dziennego w oczekiwaniu na dalszy bieg wypadków.


https://www.facebook.com/notes/394943554851770/


Aleksander Pawelec W powojennym Pruszczu. Fragmenty wspomnień cz.2

Około godziny dziesiątej rano znalazłem się na ul. Stalina obok domu, który zamierzałem zająć, vis a vis ówczesnej i obecnej poczty.



Zauważyłem czoło kolumny jeńców niemieckich, od strony cukrowni, wyprowadzonych z zalanych Żuław, gdzie jeszcze do wczoraj bronili się przed zmasowanym atakiem wojsk radzieckich. Czoło kolumny znalazło się na mojej wysokości. Całość stanowiła niesamowity widok. Przodem szedł oficer i kilku podoficerów radzieckich.




Na czele kolumny jeńców szło kilkunastu oficerów niemieckich różnej rangi. Za nimi zaś zbita masa ludzka niepodobna do świetnej armii niemieckiej, która miała podbić cały świat. Szli brudni, obdarci, zarośnięci. Wielu z nich miało nogi poowijane szmatami. Po bokach kolumny, co kilka metrów szedł w eskorcie żołnierz radziecki z automatem gotowym do strzału.




Wydaje mi się, że była to ostrożność wynikająca nie tyle z rozkazu dowództwa armii, ile z chęci pokazania obserwującym przemarsz tej kolumny, jakich to czynów dokonał każdy ze zwycięzców. Obserwowałem twarze przechodzących jeńców. Nie zauważyłem w ich oczach ani śladu pychy, jaka ich cechowała przez całą wojnę. Jesz-cze przecież nie tak dawno przemówienia Hitlera i Geobelsa były pełne nadziei, że przełamią ofensywę armii zaprzyjaźnionych. Szli resztkami sił, wycieńczeni, zgłodniali i spragnieni.

Stałem w odległości trzech metrów i co chwila słyszałem wypowiadane w moją stronę: „etwas Brot", „etwas Wasser" (trochę chleba — trochę wody), a bywało, że prosili o papierosa. Sialem jak wmurowany i pluchy na te wszystkie błagalne prośby. Po pierwsze nic przy sobie nie miałem, a po drugie stawały mi w pamięci jak żywe dni, gdy Niemcy prowadzili nas do niewoli. Wówczas na ich twarzach był widoczny uśmiech zadowolenia i głęboka pogarda dla jeńców polskich, a ludność była przeświadczona, na podstawie propagandy hitlerowskiej, że polscy żołnierze to bandyci, i tak nas niestety traktowano.

Przypomina mi się scena z pobytu w niewoli, jak staliśmy zgromadzeni w liczbie kilkunastu tysięcy przed dworcem kolejowym w Starogardzie przed wymarszem do obozu, a ja płakałem patrząc na tysiące doborowego żołnierza polskiego, bezradnego już w swojej masie i na butne, palne pychy spojrzenia eskortujących nas żołnierzy niemieckich.


Gdzież więc podziała się ta pycha? Skąd ta nagła służalczość i skamlanie? Niemcy, gdy klęska zwaliła ich z nóg, sami wkładali białe opaski na na rękawy, schodzili z chodnika, którym szedł żołnierz zwycięzca, zdejmowali czapki z głów i nieśli w swych oczach psią służalczość, gotowi na skinienie zrobić wszystko. I tak szli tysiące za tysiącami przedstawiciele rasy „panów". Chełpili się tresurą, nazywali to dyscypliną i świadomością celów narodowych. Uważali, że to wystarczy: rasa i tresura. Jedno i drugie sięgające w głąb pruskich tradycji: Jedno i drugie na podłożu nienawiści do wszystkiego co polskie. Wśród Niemców przez dziesiątki lat krążyło przysłowie:


„Od Anglii dzieli nas morze, od Francji rzeka, a od Polaków jedna nienawiść".



Skutki tego były nader widoczne w czasie okupacji Polski, w dyskryminacji, martyrologii i unicestwianiu narodu polskiego najbardziej wyrafinowanymi, brutalnymi i wprost zwierzęcymi metodami, takimi jakie tylko faszyzm mógł wymyślić.

Mijały godziny, a ja dalej stałem jak wmurowany w ziemię, oparty o drzewo i jakby przyjmujący tą nie-codzienną defiladę. Czołem w piersi pełną satysfakcję za lata upokorzeń i poniżania godności ludzkiej przez tych, co mienili się panami tego świata, a teraz szli w posępnym szeregu —w kolumnie złożonej z tysięcy żołnierzy byłej armii. Oto co pozostało z pychy, buty i dumy faszystowskiej. Od czasu przejścia czoła kolumny minęło kilka godzin. Było ich orientacyjnie około sto tysięcy — jedni podobni do drogich.



Około 16.00 poczułem głód i zmęczenie. Poszedłem więc do tymczasowej siedziby całej naszej rodziny. Jeszcze późnym wieczorem dochodził nas od-głos maszerującej kolumny jeńców. Jeden z radzieckich lejtnantów opowiadał następnego dnia, że wyprowadzona z żuław ponad Około 16.00 poczułem głód i zmęczenie. Poszedłem więc do tymczasowej siedziby całej naszej rodziny. Jeszcze późnym wieczorem dochodził nas od-głos maszerującej kolumny jeńców. Jeden z radzieckich lejtnantów opowiadał następnego dnia, że wyprowadzona z żuław ponad dwieście tysięcy żołnierzy niemieckich.


Aleksander Pawelec W powojennym Pruszczu. Fragmenty wspomnień cz.3

Ucieszyłem się gdyż opał przyda się się na pewno do  gotowania w kuchni. 

Zacząłem przenosić go do piwnicy. W pewnym momencie zauważyłem wśród węgla czarne foremne 

sztabki wymiarach mniej więcej pięć na dwadzieścia na cztery centymetry i wadze około kilograma.

 Z miejsca wydały mi się podejrzane. Po zeskrobaniu cienkiej warstwy nalotu miału

 węglowego ukazała się jasnożółta barwa materiału niczym niepodobna do węgla. 

Na ten widok zrobiło mi się gorąco, trzymałem w rękach znany mi z wojska materiał wybuchowy, 

zwany trotylem, a używany do produkcji pocisków artyleryjskich i innych ładunków wybuchowych. 



Skąd się więc wziął i komu zależało na zamaskowaniu tak niebezpiecznej „niespodzianki" 

w ten sposób? Czyżby na ten szatański pomysł mogli wpaść opuszczający kilka dni temu ten dom 

funkcjonariusze NKWD? Wyobrażałem sobie, co by się stało, gdyby choć jedna ze sztabek 

znalazła się w kuchennym palenisku. Po ochłonięciu dokładnie przebadałem całą stertę węgla

 i znalazłem w niej dwudziesta pięć sztabek trotylu. 



Nie namyślając się długo, cały ładunek

 razem z trotylem przeniosłem do uprzednio wykopanego bardzo głębokiego dołu i zakopałem. 

Przy domu znajdował się dość spory ogródek, w którego uporządkowanie włożyłem wiele pracy. 



Do pomocy zatrudniłem starsze już małżeństwo Niemców, którzy dzielnie mi pomagali. 

Narzekali jednak na swój los. W pewnym momencie rozżalony mężczyzna powiedział, że lepiej się 

powiesić, niż żyć w takiej nędzy. Pomyślałem sobie, że przecież sami sobie tego piwa nawarzyli, 

a skoro tak, muszą je wypić. Jednak życie musiało być im miłe, o czym może świadczyć 

pewne wydarzenie. Jednego dnia, porządkując w końcu ogrodu olbrzymią stertę suchych gałęzi, 

znalazłem w niej nieuzbrojony pocisk artyleryjski dość dużego kalibru. 



Po chwili namysłu postanowiłem zrobić: to samo, co z opisanym wcześniej trotylem.

Na przylegającym do ogródka nieogrodzonym placu mieściła się głęboka na około dwa metry sucha studnia, na której dnie leżało sporo kamieni. Wziąłem więc ten pocisk w ręce i udałem się w kierunku tego dołu. 




Gdy moi niemieccy pomocnicy zauważyli mnie idącego z tak olbrzymim „cygarem", popędzili co sił w nogach, chowając się za najbliżej położonym budynkiem gospodarczym. Tymczasem podszedłem do dołu, położyłem pocisk na jego krawędzi i położywszy się na ziemi, zsunąłem go do wyschniętej studni długą, trzymetrową tyczką. 



Wybuch nie nastąpił. Całej tej czynności przyglądali się zza węgła „moi" Niemcy, którzy mieli przecież zamiar się wieszać. Widać każdemu jednak życie jest miłe, nieza-leżnie od tego, w jakiej sytuacji życiowej się znajduje. Studnię tę zasypałem kamieniami oraz gruzem i tak skończyły się moje przygody z niebezpiecznymi ładunkami wojennymi. 






Materiały z książki

Aleksander Pawelec, Wspomnienia z lat młodości i II wojny światowej (1934-1945)




niedziela, 31 stycznia 2021

U nas w domu - ostatnie dni w Praust. Magda Bils-Trojahn

Norbert Trojahn - urwis z Werderstraße ( obecna Powstańców Warszawy)

źródło: http://www.katins.com/praust/page1/page24/page32/index.html

Tłumaczył Piotr Wójcik

Poniżej opowiada Magda Bils-Trojahn co przeżyła i co czuła gdy rozpoczynała się II wojna światowa. Wyciąg z jej książki " U nas w domu - ostatnie dni w Praust"







Skutki II wojny światowej odczuliśmy - częściowo osobiście - z całą siłą od końca 1944 roku do marca 1945.

Podczas odbywania mojego "obowiązku rocznego"( Deutsches Jungvolk+ Bund Deutscher Mädel (BDM, pol. Związek Niemieckich Dziewcząt) – sekcja żeńska nazistowskiej organizacji młodzieżowej Hitlerjugend) poznałam w gospodarstwie rolnym dwóch brytyjskich jeńców wojennych.

Nikomu nie wolno było z nimi rozmawiać.

Zabronione. Jednak kto by na to patrzył.

Dziwne było że ci dwaj nie mogli się ze sobą porozumieć, jeden pochodził z północy a drugi z południa Anglii. Udało mi się dzięki znajomości języka angielskiego, zbliżyć się do nich.

Wyglądali na dobrze odżywionych, podobnie jak francuscy jeńcy, którzy w naszym urzędzie

( pocztowym) konserwowali maszyny do liczenia.




Przeciwnie do jeńców rosyjskich, którzy wyglądali bardzo mizernie. Wzbudzali w nas litości

Chodziliśmy - pomimo grożących kar - zupełnie przypadkowo koło nich i kładliśmy w ich pobliżu kromki chleba oraz gotowane ziemniaki. Zwierzęcej walki o jedzenie tych wygłodzonych ludzi nie chciałabym jednak bliżej opisywać. Na małym zboczu przy Bahnhofstraße ( obecna Dworcowa) leżał martwy Rosjanin.

Trzymał ściśnięte w dłoniach naczynie do jedzenia.. Wygłodzony, zamarznięty.

Siedziałam w naszym dużym pokoju, gdy usłyszałam jakieś szmery dochodzące z mieszkania.

Czy to Ty? - zawołałam, myśląc że to przyszła moja siostra.

Gdy nie otrzymałam odpowiedzi wyszłam z pokoju.

Przede mną w korytarzu stał mocno pochylony człowiek, trzymający ręce do modlitwy z palcem położonym na ustach.

Jego głowa była łysa. W pomieszczeniu było zagrożenie, dla niego i dla mnie.

Nie reagował na pytanie czy chciałby coś do picia, jego gesty wskazywały raczej że szuka pomocy.

Wskazałam na pokój, gdzie schował się za drzwi. Na jego plecach, na niebieskim ubraniu odkryłam namalowany duży, czerwony krzyż.

Nie minęły dwie minuty gdy do mieszkania hałasując wszedł strażnik.

"Czy ktoś tu wszedł? zapytał.

Nic o tym nie wiem, odpowiedziałam. Obszedł pokój, znalazł go i wypędził z domu uderzeniami kolbą.

Jak się później dowiedziałam ten mężczyzna był francuskim Żydem.

Cierpiąca na astmę Pani Horn, która wraz z mężem i dwiema dziewczynkami wynajmowała nad nami mieszkanie, zeszła do piwnicy by przynieść ziemniaki.

W tej skrzyni schował się człowiek. Czy ona krzyczała ze strachu i tego więźnia zdradziła , tego nie wiem. Ten Francuz uciekł do nas, najkrótszą drogą.

Widziałam u nas wielu przeganianych Żydów. To byli młodzi ludzie i dzieci.

Ojciec musiał wtedy przebywać w ogrodzie, gdy wyciągnięte dłonie prosiły o pomoc.

Wbiegł do kuchni i złapał pozostałe z obiadu solone ziemniaki.

Bolało mnie, gdy musiałam powstrzymywać ojca od pomocy.

"Ojcze, też bym to robiła ale niebezpieczeństwo że ktoś na nas doniesie, jest zbyt duże"

Ze łzami w oczach, świadomi naszej bezsilności, staliśmy przy oknie.

Ta młoda kobieta oglądała się jeszcze kilka razy.

Dopiero potem okazało się, że więźniowie ci pochodzili z obozu koncentracyjnego w Stutthof, oddalonego od nas o około 60 km.

Nazwę miejscowości znałam tylko ze stempla pocztowego.

Ci młodzi ludzie byli wyczerpani ale żyli. Mam nadzieję że przeżyli.

Pierwsze kolumny uchodźców z Prus Wschodnich ciągnęły swoimi furmankami przez naszą Werderstraße.





Było przejmująco zimno. Termometr pokazywał - 20 stopni Celsjusza. Pogoda stulecia.

Niekiedy zatrzymywały się a szukający pomocy pukali do naszych drzwi.

Młoda matka prosiła nas o podgrzanie butelki z mlekiem, jednak gdy chciała je nakarmić, dziecko było już martwe, chyba zamarzło.

Jeszcze inna matka prosiła nas o pomoc gdyż jej koń był totalnie wyczerpany.

Ojciec przerobił chlew na stajnię, rozbijając siekierą wszystkie podpory stojące w przejściu.

Koń miał wtedy wystarczająco dużo miejsca by wypocząć i otrzymać kamę.

Matka nie zauważyła, że jej 9 letni syn, który prowadził konia, ma odmrożone ręce.

Ręce były błękitno-czarne gdy zdjęto mu rękawiczki.

Chłopak nic nie czuł. Płakaliśmy razem z tą matką, nic nie można było już zrobić.

Za późno.

Uciekinierzy, którzy mieli załadowany swój dobytek pod plandekami na furmankach, coraz częściej byli zmuszeni pozbywać się tych rzeczy.





Przeżywaliśmy również, że często młodsi nie zabierali dalej starych ludzi także - rodziców- i zostawiali ich.

W przydrożnych rowach leżały maszyny do szycia, odbiorniki radiowe, meble i wiele innych potrzebnych do życia przedmiotów.

Konie nie miały już sił.

Podłogę naszego pokoju mieszkalnego wyłożyliśmy sianem i słomą, by dać tym ludziom możliwość spokojnego noclegu na przynajmniej jedną noc..

Przeżywaliśmy również, że często młodsi nie zabierali dalej starych ludzi także - rodziców- i zostawiali ich.

To niezrozumienie w oczach tych bezradnych ludzi głęboko nas poruszało.

Pomóc już nie mogliśmy jedynie starać załagodzić ból.

Gmina otaczała ich swoją opieką.


Dowiedzieliśmy się, że wielu ludzi idących z Prus Wschodnich ryzykowało przejście przez Morze Bałtyckie.

Chociaż lód tamtej zimy był bardzo gruby, to w niektórych miejscach łamał się pod ciężarem kolumny uchodźców.

Morze pochłaniało pojazdy, konie, ludzi.

Na początku stycznia matki z dziećmi zostały wezwane do opuszczenia ojczyzny.

To dotyczyło też mojej siostry Luzi i jej małej półrocznej córki Margrit.


"Chodź z nami" prosiła mnie. "Sama się boję"

Miałam podpisaną umowę o pracę ( urząd pocztowy), nie mogłam uchylać się od moich obowiązków.

Rozmyślałyśmy, dyskutowałyśmy.

" Nie wpuszczą mnie na statek" argumentowałam. " Jak będziesz miała na ręku obce dziecko, to powinno się udać. W tym zamieszaniu." prosząc mnie o zastanowienie.

Dużo się zastanawiałam i doszłam do wniosku, że moja siostra jest więcej warta niż moje stanowisko.

Nocą zawiezie nas pociąg specjalny do Gdańska.

Ubrałyśmy się bardzo grubo a do wózka dziecięcego zapakowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy.

Ze łzami w oczach opuściłyśmy nasz dom.

Po około 200 metrach od wózka odleciało koło.

Wróciłyśmy z powrotem.

Gdyby to się nie stało, dzisiaj pewnie byśmy nie żyły.






Statek pasażerski "Wilhelm Gustloff" którym miałyśmy uciekać, został storpedowany i zatopiony przez łódź podwodną.

Z 6000 uciekinierów utopiło się w zimnych wodach Bałtyku w przybliżeniu 5000 osób.

Kolumny uciekinierów na ulicach nie miały końca.

Był środek lutego, wyszłam właśnie do pracy gdy kolumna wozów została ostrzelana przez samoloty szturmowe.

Zapanował chaos.





Przez mikrofon wszyscy otrzymali naglące polecenie do opuszczenia swoich domów.

Na określony czas miały być podstawione pociągi specjalne. Najczęściej jednak były to informacje fałszywe. Miały działać uspokajająco.

Perony były tak przepełnione, nie była widoczna żadna pusta przestrzeń.

Brakowało toalet.

Tłumy ludzi siedziały w kucki na swoich walizkach i tobołkach, czekali godzinami.

Czerwony Krzyż był bezradny wobec napływu tysięcy uciekinierów.

Trzeba też wspomnieć że wiele małych dzieci nie znało swoich nazwisk.

Pruszcz jako dworzec przeładunkowy stał się miejscem zbiórki.

Gdy pociąg rzeczywiście wjechał na peron, ludzie wpychali się do osłaniających od wiatru i zimna wagonów.

Niejedna rodzina została przez to rozdzielona. Jest tak ciężko opisać to okropieństwo , które tam się rozegrało.

Najbardziej poruszyły mnie przypadki matek z dziećmi.

W Gdańsku oddawały swoje maleństwa na krótki czas w opiekę Niemieckiego Czerwonego Krzyża, by dzieci otrzymały przynajmniej jeden ciepły posiłek.

Matki miały podjechać jako pierwsze do Pruszcza a dzieci miały zostać dosłane.

W urzędzie pocztowym szturmowały nas te kobiety, by ustalić telefonicznie gdzie znajdują się dzieci.

Minęły dwa dni. Co się mogło stać?

Te z pamięci wywoływane i opisywane przeżycia wybrane są jako nieliczne z wielu.

Trzeba by nadzwyczajnego by je wszystkie spisać.

Za każdą nieruchomą twarzą, za każdym okiem kryje się tragiczny przypadek.

Wszystko za sobą zostawili i zagubili swój śmiech.

Po wojnie została stworzona służba poszukiwawcza przy Czerwonym Krzyżu.

Rodzice szukali dzieci, dzieci szukali swych rodziców.

50 lat po tych wydarzeniach są jeszcze zapytania.

Trzeba też wspomnieć że wiele małych dzieci nie znało swoich nazwisk.

Również wiele matek jak i dzieci zmarło podczas ucieczki.

Mieszkańcy Praust, którzy tam jak my czekali do końca, pakowali swoje walizki.

Wiele wartościowych przedmiotów zostało wtedy zakopanych, wszyscy wierzyli wtedy, że będą mogli wrócić wkrótce do swoich domów.

Z podwórza usłyszałam jak pada 5 strzałów.

Patrzyłam przez płot i widziałam w ogrodzie tego domu żołnierzy.

Dowiedziałam się później że plądrujący zostali zastrzeleni z wyroku sądu doraźnego.

Mieli ukraść puszki z konserwami i marmoladą.

My także schowaliśmy nasze naczynia w skrzyniach a piękne ręcznie wykonane przez matkę rzeczy do worków.

Wszystko zanieśliśmy na poddasze.

Ojciec wykopał na wybiegu dla kur duży dół do którego miały trafić artykuły spożywcze w postaci konserw i słoików.

Dla Waltera ! W razie gdyby wrócił do domu, znalazłby sobie to jedzenie.

Dobry pomysł ojca. Ojciec jednak nie chciał jechać z nami.

Raz powiedział do mnie :

" Rosjanie to też ludzie, nie zrobią nam nic złego"

Jednak teraz wyrażał się inaczej: " Albo zginiemy przez Rosjan albo podczas ucieczki

"Był zrezygnowany, zniechęcony.

28 lutego 1945 roku otrzymałam polecenie służbowe by opuścić dom rodzinny.

W przypadku matki, trzech moich sióstr i małej Margit nastąpiło to dopiero 10-go marca.

Z rodziną mojego byłego nauczyciela Sorau-a, mieszkali naprzeciw nas u Klammerów, pojechali aż do Nowego Portu.



Za każdą nieruchomą twarzą, za każdym okiem kryje się tragiczny przypadek.

Było czystym przypadkiem że kapitan łodzi patrolowej wezwał ich " Wchodźcie tutaj na górę".

Byli jedynymi pasażerami, załoga liczyła 9 osób.

Ze Stralsunda pojechali do Hamburga a potem dalej do Brande- Hörnerkirchen.

Magda Bils-Trojahn ur. 15.09 1922 w Praust , a zm. 07.07.2005 w Norderstedt.







Żródło : Norbert Trojahn- wówczas Werderstr. 12a


www.katins.com

http://www.katins.com/praust/

wtorek, 8 grudnia 2020

Punkt widokowy przy zbiorniku wodnym Stara Orunia. Polemika do zdjęcia z Faktopedii.

 Punkt widokowy przy zbiorniku wodnym Stara Orunia,

a dokładniej punkt widokowy im. prof. Jerzego Sampa, historyka literatury, pisarza, miłośnika Gdańska.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Samp


 Trafiliśmy na zdjęcie, które pojawiło się na Faktopedii, a wygląda tak:

https://www.facebook.com/FaktopediaPL/posts/3855318234492536


Pod informacją znajduje sie szereg prześmiewczych komentarzy, Tak wykonane zdjęcie, z krótką perspektywą, widocznym obok polem, wykadrowaniem na średnie plany, na krzewa, sad i niewielką, podniesioną balustradę, wraz z dodanym kierunkowym komentarzem, może wywoływać taki efekt.

A nam  wpis z Faktopedii kojarzy sie z takim rysunkiem:


I nie zgadzamy się z tym satyrycznym wpisem. 

 Widok mamy taki:





Dla osób, które nie znają tego miejsca, oraz tych, którzy krótkowzrocznie oceniają ten punk widokowy, zostawiamy ten poniższy materiał, aby wskazać walory tego miejsca, jako jednego z ciekawszych miejsc do obserwacji Żuław i Zatoki Gdańskiej, Oruni oraz Gdańska. 

Widok na teren obecnie (w skróconej perspektywie, jaka sugerowana jest w memie Faktopedii)



Nie znamy kwoty za jaką wybudowano ten obiekt. Czy były to absurdalne koszty?  Nie wnikamy. Możemy sugerować dociekliwym, aby przyjrzeć się inwestycji dotyczącej odnowy  tych terenów, a dotyczyły naprawy Zbiornika Stara Orunia. 

Miejsce wybudowania "pomostu", to obecny skwer przy  Rezerwuarze Stara Orunia/ Wasserbehälter Ohra/ Zisterne Ohra/ Wasser Hochbeh.


Na dawnej mapie oznaczony Wbh. Położony na skarpie przy dzisiejszej ul. Kampinowskiej (ponad ulicą Nowiny) Zbiornik Stara Orunia uruchomiony został w 1869 roku. Wraz z ujęciem wody w Pręgowie i magistralą pręgowską długości 14 km dał początek nowoczesnemu systemowi wodociągowemu w Gdańsku.

https://www.gedanopedia.pl/gdansk/?title=ORUNIA


25 VII 1868 roku Zarząd Miasta podpisał (po przetargu) kontrakt z berlińską filią angielskiej firmy J. und A. Aird (Alexander Aird) na budowę w Pręgowie ujęcia wody dla Gdańska o wydajności około 100tysięcy m³ na dobę, a także rurociągu (długości około 14 km) doprowadzającego wodę do retencyjnego zbiornika wody na Oruni (z dobowym zapasem wody dla miasta), a następnie do głównej sieci miejskiej ( Prangenauer Quellwasserleiturg)

System wodociągowo-kanalizacyjny Gdańska był pierwszym w Europie systemem całościowym: od ujęcia, przez sieci wodociągową i kanalizacyjną, centralną pompownię ścieków, oczyszczalnię i monitorowany odbiornik ścieków. System składał się z drenażowego ujęcia wody w Pręgowie, skąd czysta woda spływała grawitacyjnie magistralą wodociągową do zbiornika wody Orunia i dalej do budynków w obrębie fortyfikacji miejskich

2004


2010



2016


2018



Oruńska świątynia wody, "Rury von Wintera".

Pręgowskie ujęcie wody usytuowano na wzniesieniu 110 m n.p.m. Woda, spełniająca wszystkie wymogi sanitarne spływała stamtąd sprowadzonym z Anglii żeliwnym rurociągiem o średnicy 418 mm. Działa do dzisiaj! Na 14 kilometrze magistrali wodociągowej zbudowano potężny zbiornik na 5 tysięcy metrów sześciennych wody.

https://www.giwk.pl/o-nas/aktualnosci/trwaja-prace-na-zbiorniku-wody-stara-orunia


Wracamy do punktu widokowego.

Ustawiony na wysokości pierwszych 30- 60 metrowych skarp wysoczyzny żuławskiej, nad poziomem morza. Najbliższa okolica w bliskim widoku Faktopedii, do około 100 metrów przed nami to pole, ostro schodzące od 30 do 45 stopni w dół.   Poniżej tej dość pokaźnej góry, w porównaniu do rozlewisk żuławskich, osiągających stan depresyjny, znajduje się Kanał Raduni, wybudowany z inicjatywy Zakonu Krzyżackiego.

Widok z punktu widokowego na skwer oraz Rezerwuar Stara Orunia obecnie. 


oraz na najbliższy gdański widok:


Zasięgi widoczności z punktu oruńskiego. 








http://zph.org.pl/userfiles/zphorgpl/file/wydawnictwa%20pdf/Delta%20Wisly.pdf


Na lewo widok w kierunku na zalesione wzgórza Parku Oruńskiego ( Hoene Park)
i Wzgórza Pięciu Braci. Wysokość wzgórza wynosi 41 m n.p.m. , tworzy razem z Glinianą Górą i Górą Łez małą pradolinę Potoku Oruńskiego. Miejscowa legenda spisana przez prof. Jerzego Sampa głosi, że na wzgórzu tym zwanym w czasach schyłku pogaństwa Dębową Górą, mieszkało pięciu bardzo zamożnych braci będących właścicielami Oruni. Trzymali oni w warowni na szczycie tegoż wzgórza odizolowaną od świata siostrę imieniem Orana. 
Czytaj więcej: https://pl.wikipedia.org/wiki/G%C3%B3ra_Pi%C4%99ciu_Braci#Legenda

Widok w kierunku na Gdańsk. Wzgórze Pięciu Braci. z widoczną wieżą kościoła Mariackiego oraz Ratuszem Głównego Miasta.
( wysokość wieży KM do kalenicy wynosi 78 metrów) Więcej: Korona Starego Gdańska: https://praust.wordpress.com/2018/05/25/korona-starego-gdanska/





Dawny widok na Orunię( Ohrę) z tych rejonów. 

Widok na Orunię, 1869 rok, podkolorowany.
https://www.gedanopedia.pl/gdansk/?title=ORUNIA



Widok współczesny, Orunia, wieża kościoła  św. Jana Bosko, a w oddali, we mgle most wantowy nad Martwą Wisłą.





Kierunki widoku na Orunie w kierunku na Gdańsk:



Nie, nie widać stąd Torunia( nie ten kierunek), ale w pogodne dni dostrzeże się Zatokę Gdańską, Most Wantowy na Martwej Wiśle, być może z konkretnym obiektywem Nowy Dwór Gdański.
Przekopu na Mierzei stąd nie widać, ale może kiedyś jak wybuduje się wyższy punkt widokowy, będzie taka szansa. 
Punkt widokowy przy zbiorniku wodnym Stara Orunia.
Mimo niezbyt okazałej budowli, punkt widokowy przy Rezerwuarze Stara Orunia, według nas, spełnia się w roli ciekawego miejsca do dalekich obserwacji, a nie tylko pobliskiego, idącemu ku dołowi pola.
Zresztą, sprawdźcie i oceńcie kiedyś sami. 







Widok w kierunku na Zatokę Gdańską z sąsiedniego wzgórza, bliżej Maćkowych.



Inne punkty widokowe.
Sobowidz.
Zapewne lepiej prezentuje się wieża widokowa na wzniesieniu w Sobowidzu:

Zdjęcie: https://bajkiempopolsce.pl/kraina/kociewie/otwarcie-sezonu-rowerowego-2020-czyli-jak-to-jest-poczuc-wiatr-we-wlosach/

Wysokość umiejscowienia ok 80 m. n.p.m. Z tej wieży można oglądać Jezioro Sobowidzkie ( Muhlen- Teich), przepływowe rzeki Styna, a w jesienne dni na drugim brzegu widoczny jest kompleks po zamkowy, na zamkniętej strefie dawnej fabryki cukrowej. 



Gdańsk Góra Kozacka
Wyższa wieża, 17 metrowa, znajduję sie na okolicznym wzniesieniu  Górze Kozackiej. Wysoka, gdyż wokół jest las i zabudowania. Wzniesienie morenowe o wysokości 75,4 m n.p.m. plus dodatkowa 
17 metrowa wieża.  Teren historycznie rozpoznany z walk podczas wojen napoleońskich. 

https://praust.wordpress.com/tag/wzgorze-armatnie/




Wracając  do tematu wzniesienia z "widokiem na nieużytki Oruni". Te wzgórza to teren, o który kiedyś zajadle walczono. Opanowanie wzniesień wokół Gdańska, zawsze sprzyjało żołnierzom w ataku i względnej kontroli nad tym miastem. Były to naturalne punkty widokowe, z których był doskonały widok, aż do Zatoki Gdańskiej, Dodatkowe wrażenia na wzgórzach potęguje widok na depresyjne Żuławy Gdańskie! Od Oruni, poprzez rejon dawnej wieży widokowej w Lipcach, aż do Świętego Wojciecha, istnieje wiele ciekawych, naturalnych punktów do obserwacji niżej położonych terenów. To tutaj stoczyły sie ciężkie boje podczas wojen napoleońskich. 

1807 rok

https://en.wikipedia.org/wiki/Siege_of_Danzig_(1807)



1813 rok

https://praust.wordpress.com/2018/01/18/bracia-diabla/



Okopy wokół wzgórz gdańskich 1813 rok. Potężny ostrzał artyleryjski i rakietowy( race podpalające) podczas końcówki walk o napoleoński Gdańsk, podpalenie spichlerzy, spowodował poddanie się miasta. 

https://en.wikipedia.org/wiki/Siege_of_Danzig_(1813)




Gdańsk, Biskupia Górka 1945


Najbliższy rejon wzniesień to Biskupia Górka na 60,8 m n.p.m. Opanowanie Bischofsberg pozwoliło wojskom radzieckim na sprawniejsze kierowaniem atakiem artyleryjskim i wyniszczającym Danzig/ Gdańsk w marcu 1945 roku. 





Pruszcz Gdański marzec 1945 rok:
Przykładem mniejszego wzniesienia, może być wzgórze 21,50 metrów nad poziomem  morza w Pruszczu Gdańskim, w tej samej linii wzniesień co Rezerwuar Stara Orunia.  Po dotarciu wojsk radzieckich w marcu 1945 roku z Rottmansdorf( Rotmanka) do Praust( Pruszcz), pozwoliło na moment w panowaniu nad rozległym terenem żuławskim, od widocznego Gdańska, aż do kanałów w Lędowie, Grabinach Duchownych, z widokiem na miasto Praust. Tylko szybka interwencja i ostrzał przez Niemców z wyższych pagórków Świętego Wojciecha( 65 m n.p.m.), spowodował rozproszenie sowietów w tym rejonie.




https://praust.wordpress.com/2015/09/29/armia-sowiecka-w-praust/


Możliwość kontroli taktycznej terenów:










To tyle, dziękujemy za uwagę. 
Dziękujemy Pani Annie za pomoc w realizacji tego materiału.



======================

TOP 4 wg. Top 7 naturalnych punktów widokowych w Gdańsku #2
https://7zdjeczgdanska.pl/2020/06/top-7-naturalnych-punktow-widokowych-w-gdansku-2.html
+
https://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Zbiornik-Stara-Orunia-nowa-atrakcja-poludnia-Gdanska-n126170.html

+
https://www.gdansk.pl/wiadomosci/zbiornik-wody-stary-sobieski-zobacz-jego-niezwykle-wnetrza,a,113412

+

https://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Zwiedzilismy-wnetrze-zbiornika-Stary-Sobieski-n123051.html
+

https://www.gedanopedia.pl/?title=WODOCI%C4%84GI

+
https://www.gedanopedia.pl/gdansk/?title=ZBIORNIK_WODY_STARA_ORUNIA
+

https://pl.wikipedia.org/wiki/Eduard_Friedrich_Wiebe

+

https://informator-pomorza.pl/artykul/giwk-otwiera-historyczny-zbiornik-wody-stara-orunia

+

https://historyk.eu/wpis/historia-gda%C5%84skich-wodoci%C4%85g%C3%B3w-si%C4%99gaj%C4%85ca-xiv-w

+

https://de.wikipedia.org/wiki/Hochbeh%C3%A4lter

+

https://web.facebook.com/Ocalic.od.zapomnienia.Praust/photos/a.1956132207944764/2622415894649722/?type=3

+
https://www.gedanopedia.pl/gdansk/?title=AIRD_ALEXANDER

+
http://www.kolbudy.pl/poznaj-kolbudy/pregowo/158-ujecie-wody-pregowo
+
http://nandi.pl/index.php?go=zdj_ruiny13
+
https://www.giwk.pl/o-nas/aktualnosci/trwaja-prace-na-zbiorniku-wody-stara-orunia

+

https://pl.wikipedia.org/wiki/Biskupia_G%C3%B3rka

+
https://magictravelsaroundtheworld.wordpress.com/tag/zbiornik-wody-stara-orunia/
+
https://www.gdansk.pl/historia/rury-von-wintera,a,133745
+
http://www.tchik.com.pl/archiwum/2016/7/pamiecwody.pdf

Praust w Wielkim Refektarzu w Malborku

Odkrywając tajemnice zamku w Malborku: ślad z Praust w Wielkim Refektarzu       Odwiedzając Zamek Krzyżacki w Malborku, niekwestionowaną per...